* * *
Chmury pode mną wyglądały jak ocean waty cukrowej. Dosłownie. Niekończąca się biel, puchata i skrząca się w promieniach październikowego słońca. Gdyby nie fakt, że znajdowałem się dwanaście tysięcy metrów nad ziemią, pomyślałbym, że jestem na jakimś idiotycznie płaskim stoku narciarskim. Nie lubiłem nart. Za to deska... Za chwilę z deską na nogach mogłem dać się pokroić.
Jednostajny szum turboodrzutowych silników zaczynał mnie już męczyć. Boening pruł przez powietrze stałym rytmem, ale trwało to już ponad czternaście godzin. To potrafi zmęczyć nawet najwytrzymalszego podróżnika. Pocieszające było jedynie to, że od domu dzieliło mnie tylko półtorej godziny. Zresztą, nie tylko od domu...
Wyciągnąłem się wygodnie w wielkim, komfortowym fotelu Lufthansy i przymknąłem oczy. Męczący szum silników jakby przycichł...
Zostawiłem za sobą trzymiesięczny pobyt w Tokio. Staż w japońskim Vogue traktowałem od samego początku jako życiową przygodę. Zawsze marzyłem o Japonii. W tym świecie nie ma już białych plam na mapach. Wszystko już znamy. Wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Ale dla mnie Japonia zawsze była czymś egzotycznym. Nie Tahiti. Nie Madagaskar. Nie Ziemia Ognista. Japonia. Ta specyficzna kultura i filozofia życia, którą chłonąłem przez trzy miesiące, wciąż stanowiła dla mnie znak zapytania. Mniejszy, niż przed wyjazdem, ale wciąż duży...
Delikatny, ale doskonale zrozumiały dźwięk wyrwał mnie z rozmyślań i wspomnień o kraju kwitnącej wiśni. Otworzyłem oko, po chwili drugie i zapiąłem pasy.
Podchodziliśmy do lądowania...
- Możesz mnie puścić? Uduszę się, dziewczyno! - wymamrotałem ze splotów wełnianego szalika Katie, kiedy przytuliła mnie na powitanie.
Była końcówka października, ale efekt cieplarniany widocznie nie tracił czasu i skupił się głównie na Wielkiej Brytanii. Zimno było piekielnie, wiało i zacinał drobny, marznący deszczyk.
Zazdrościłem Katie jej ciepłej kurtki i grubego szalika. Moja cienka bluza i płócienne spodnie sprawiły, że po chwili telepałem się jak osika. Pociągnąłem głośno nosem, co wzbudziło zgorszenie na bladym obliczu Katie.
- Przestań smarkać...!
- Nie moja wina, że tu zimno jak w lodówce! - mruknąłem, rozglądając się.
- Zgubiłeś coś? - zapytała dziewczyna z uprzejmym zainteresowaniem.
- No nie powiesz mi, że on się gdzieś tu nie schował i że nie wyleci z wrzaskiem.
- No akurat się nie schował... - oświadczyła Katie, ciągnąc mnie za rękaw i stukając obcasami – Siedzi w samochodzie, bo mu zimno. Przeziębił się, albo coś...
- Jasne... - powiedziałem sarkastycznie, wciąż się rozglądając.
- Dobra, sam zobaczysz. Tylko chwila, ja sobie przypomnę, gdzie on zaparkował...
- Już zapomniałaś!? - zatrzymałem się gwałtownie, trzęsąc się z zimna.
- Nie! Nie zapomniałam! Tylko tu wszystko takie samo jest...
- Chryste... - mruknąłem niezadowolony.
Było mi tak zimno, że zacząłem podskakiwać w miejscu, przyciągając uwagę przechodniów. Nie dziwię się. Zimno jak na Syberii, a tu jakiś idiota w zielonych spodniach podskakuje na środku chodnika, a wokół niego biega z wiatrem we włosach dziewczyna, rozglądając się dookoła jak szalona.
- Tam! - wrzasnęła z zadowoleniem Katie, znów złapała mnie za rękaw i razem z walizkami pociągnęła w stronę piętrowego parkingu.
Chwilę później zobaczyłem znajomy, czarny lakier i moje własne tablice rejestracyjne. Za kierownicą siedział mój prywatny cud świata i nerwowo bębnił palcami w kierownicę, machając głową. Widocznie w radio leciała jakaś jego ulubiona piosenka, bo faflunił pod nosem.
Załomotałem pięścią w klapę bagażnika. Coś głucho łupnęło, a chwilę później leżałem rozpłaszczony na zimnym betonie, a coś z jasnymi włosami próbowało mnie podnieść do pionu.
- Boże, dopiero co wróciłem, a wy już próbujecie mnie zabić! Ona mnie dusiła, teraz ty chcesz mi łeb roztrzaskać...? Tak wam za skórę zalazłem?
Wielkie, błękitne oczy błyszczały przede mną czystą radością. Proste, białe zęby zabłysły bielą w szerokim uśmiechu. Wobec czego, uśmiechnąłem się i ja. Potem znów byłem duszony, tym razem przez blondyna.
- Niall, puść mnie! Au, puszczaj, to boli! Zacząłeś chodzić na siłownię?
- Co? - zapytał chłopak, puszczając mnie i mrugając oczami ze zdziwienia.
- Nie, nic... Możemy już pojechać do domu? Zamarznę zaraz...
Po trzech miesiącach przemieszczania się super szybkimi pociągami i metrem, z przyjemnością wsiadłem za kierownicę własnego samochodu. Dobrze mi znany zapach skórzanej tapicerki wtargnął mi do nosa tak gwałtownie, że aż kichnąłem.
- Zostaw te walizki, coś chyba jeszcze w domu zostało...? - powiedziałem, zatrzaskując drzwi od mojego audi. Żwir zatrzeszczał pod podeszwami moich adidasów.
- Coś zostało... - mruknął blondyn, macając się po kieszeniach – O. Znalazłem.
- Ja idę się wykąpać, zrobisz mi herbatę? - zapytałem, wchodząc do pachnącego drewnem przedpokoju. Odwiesiłem bluzę na wieszak i skierowałem się prosto do łazienki.
Leżałem w wannie i wpatrywałem się w pokryty jasną boazerią sufit. Coś było nie tak. Od momentu, w którym odwieźliśmy Katie do domu, Niall nie odezwał się słowem. Normalnie ciężko było go uciszyć. Tym razem był milczący i praktycznie nawet na mnie nie spojrzał. Wciąż wpatrywał się w szary, październikowy wieczór za oknem samochodu.
Zdenerwowałem się tym wszystkim, umyłem szybko włosy i wylazłem z wanny, ślizgając się na mokrych kafelkach. Owinąłem się puchatym ręcznikiem, wciągnąłem rozciągnięte, dresowe spodnie i wypadłem z łazienki.
Na stole w kuchni stał kubek parującej herbaty. Zapach jasno wskazywał na malinową.
Niall siedział w głębokim fotelu i wpatrywał się w migocący ekran telewizora. Nie lubiłem niejasnych sytuacji. Za każdym razem miałem dziwne wrażenie, że to ja coś zawiniłem.
Bezczelnie usiadłem przed nim, skrzyżowałem ramiona na piersi i wpatrywałem się w blondyna pytającym wzrokiem. Milczenie trwało bardzo długo.
- Co..? - zapytał w końcu Niall, nawet na mnie nie patrząc.
- Co ci jest?
Chłopak wciąż gapił się w ekran telewizora. Zdenerwowałem się.
- Posłuchaj... - ciągnąłem – Ja nie wiem, o co chodzi tym razem. Ale szlag mnie trafia, kiedy masz swoje humory. To nie jest pierwszy raz i dobrze o tym wiesz. Co tym razem? Człowieku, nie widziałem się z tobą ponad trzy miesiące... O niczym innym teraz nie marzę, jak o tym, by się do ciebie przytulić i tobą oddychać. Przypominać sobie palcami twoją twarz i odnowić wspomnienie twojego ciepła i zapachu. Ale jak mam to zrobić, kiedy ty jesteś zimny jak lód?!
Niall w końcu spojrzał mi w oczy. To, co tam zobaczyłem, zupełnie zbiło mnie z tropu. Liczyłem się z tym, że zobaczę tam obojętność, chłód i udawaną wyższość. Zamiast tego zobaczyłem błękit szklący się łzami.
Powoli spływały po policzkach. Były to najbardziej bolesne łzy ze wszystkich możliwych. Bezgłośne, ciche. Każdy słony ślad na bladej skórze zdawał się krzyczeć z bólu. Wyglądał, jakby ktoś wżynał się dłutem w jasny, delikatny marmur.
- Ile to już trwa? - zapytał z niesamowicie szczerym spokojem.
Wytrzeszczyłem oczy.
- Co...? Co trwa?
Chłopak uśmiechnął się krzywo, ocierając policzek wierzchem dłoni.
- Nie udawaj... Proszę cie. Wiesz, że wszystko zrozumiem. Ale nie lubię kłamstwa. Nie okłamuj mnie. Tylko o to proszę.
Zbaraniałem do reszty. Co on znowu wymyślił?
Podniosłem się z podłogi i kucnąłem przy fotelu blondyna. Chciałem złapać go za rękę, ale cofnął dłoń. Zbaraniałem jeszcze bardziej.
- Przecież nie kłamię, o co ci chodzi? Ja naprawdę nie wiem, o czym ty mówisz...
- Wiesz. Wiesz, do diabła! - niespodziewany krzyk rozbił resztki mojej wewnętrznej równowagi. Zaczynało mi się to nie podobać.
- Ej, spokojnie...
- Nie! Nie będę spokojny! Nie będę spokojny, kiedy jedyna osoba, której ufałem, robi ze mnie idiotę! Dałem ci wszystko, co potrafiłem! Starałem się, dbałem, żeby niczego nam nigdy nie brakowało... A Ty... Ty mnie... - głos zaczął mu się łamać, w końcu zamilkł.
Stałem na środku pokoju w białym ręczniku i zielonych spodniach, zastanawiając się, co do cholery się dzieje.
Milczenie trwało chwilę, ale było bezgranicznie niewygodne. Czułem, jak panująca w mieszkaniu cisza wbija się we mnie cienkimi, długimi igłami.
- Wiesz co...? - odezwał się w końcu blondyn, oddychając głęboko i patrząc mi prosto w oczy. Niebezpieczny błysk błękitu sprawił, że zacząłem się po prostu bać.
Milczałem.
- Może ja ci już przestałem wystarczać? Skoro tak, daj mi spokój. Wracam do domu.
- Nie...! - wyrwało mi się, a irytujący ręcznik zsunął mi się z ramienia.
- Nie? Nie bądź śmieszny... - prychnął i odwrócił się na pięcie.
Chwilę później trzasnęły drzwi.
Odszedł....